Bilans:
śniadanie: jajko z majonezem (123kcal)
II śniadanie: bułka grahamka 60g (127kcal) z almette (23kcal)
Obiad: podudzie bez skóry (95kcal) z ryżem (211kcal) zapiekane w piekarniku
Kolacja: maca kukurydziana (23kcal), szklanka napoju izotonicznego (60kcal)
Razem: 662,68kcal
Sport:
bieganie 5km 28minut - 287kcal
aerobic 55minut - 300kcal (??)
To był aerobik jakiego zupełnie się nie spodziewałam. Weszłam tam i byłam oczywiście najmłodsza, mała sala, jedynie osiem osób, ale większość w wieku mojej mamy, kilka pań przy kości, żadnych chudzielców i zadzierających głowę, co akurat mnie ucieszyło. Pomyślałam, że będzie spooko, bo w końcu czasem biegam, mam w miarę kondycję i nie najem się wstydu. Nigdy nie byłam jednak na takim aerobicu. W części na nogi doskonale dawałam sobie radę, wchodziłam na to podwyższenie, skakałam, ale to trwało tylko chwile! Potem ciężarki. Myślałam, że ręce mi odpadną! Tak mnie paliło, że szok. W domu już bym to dwadzieścia razy rzuciła ze złości, a tam nie mogłam, bo wstyd jak cholera. Te panie w większości też dawały sobie radę. Moje ciężarki miały jedynie po 1,5kg, ale było tak ciężko. No i brzuch. Ostatecznie jak instruktorka kazała podnosić nogi, to już miałam taki kryzys, że mięśnie i całe ciało mi się trzęsło. Zacisnęłam zęby i ćwiczyłam. Musiałam. To były proste ćwiczenia, dobrze mi znane, ale to co jeden raz i pięć razy jest łatwe za dwudziestym jest już nie do zrobienia. Przez chwilę byłam zawiedziona, ale jak to nie zdyszam się? Bezsensu. Przecież ja preferuję tylko ćwiczenia, po których na końcu nie jestem w stanie złapać tchu! Do czasu, aż nie zdjęłam mokrej koszulki. Tak mokrej jak chyba nigdy nie miałam, nawet po 12km biegania, ciekło ze mnie dosłownie! Po drugie pomyślałam sobie, że to doskonałe dopełnienie mojego treningu cardio w postaci biegania, bo to będzie doskonałe na wyrzeźbienie ciała, a jako, że w domu i tak ćwiczyłabym zestawy cardio to doskonała sprawa chodzić na coś takiego. W środę, gdy pójdę to kupię karnet na cały miesiąc. Mam zakwasy na szyi i na brzuchu, coś mi jednak podpowiada, że wszędzie indziej poczuję jutro rano.
Zawiodłam się wagą. Nie spadła. Wcale nie spadła. Pilnowałam jedzenia, biegałam i ćwiczyłam, a ona na to nie zareagowała. Przecież nie mogłam zjeść za dużo, przecież trzymam idealną dietę. Trudno. Jutro o ile nie będzie padało też pójdę biegać i potem na aerobic. Poczekam na efekt, chociażbym miała nauczyć się cierpliwości.
Pisałyście, że pięć miesięcy to dużo i zgadzam się z Wami. Sama kiedyś w dwa miesiące zgubiłam 12kg, jednak tu nie chodzi o czas, ale o to, że 50kg jest naprawdę daleko. Nie wiem czy też miałyście takie coś, ale są wagi jakby dla nas zakazane, strasznie trudne do osiągnięcia. Nie było dla mnie kiedyś problemem osiągnąć 55, 53 przy uprawianiu sportu też się pojawiało, ale nigdy niżej, nie doczekałam się nawet 52,9 chociaż o tym tak strasznie marzyłam. Może to jakaś moja blokada, którą muszę pokonać, a jak pokazuje mój metabolizm chyba nie będzie to łatwe. Pozostaje mi nie nakręcać się i czekać. Chociaż ja się nigdy nie nakręcam. Jestem obojętna, obojętna na wszystko. Kiedy słucham jak ktoś z pasją mówi o tym co będzie w życiu robił, co osiągnie, co sobie kupi, gdzie pojedzie na wakacje, co chce zwiedzić. A ja? Ja tkwię, nic nie chce osiągnąć, nie marzę o zagranicznych wyjazdach. Chce spokoju. Teraz nawet mam wrażenie, że najlepiej zrobiłaby mi cisza, zamknięcie się samemu ze sobą. Żeby nikt nie zaburzał mi myśli i żebym ja nikomu nie psuła humoru. Może gdybym tak zrobiła to coś by się w mojej głowie poukładało. Tymczasem wpadnę do Was, a potem wrócę do świata żywych i kolejny dzień będę walczyła, sama ze sobą.
Zawiodłam się wagą. Nie spadła. Wcale nie spadła. Pilnowałam jedzenia, biegałam i ćwiczyłam, a ona na to nie zareagowała. Przecież nie mogłam zjeść za dużo, przecież trzymam idealną dietę. Trudno. Jutro o ile nie będzie padało też pójdę biegać i potem na aerobic. Poczekam na efekt, chociażbym miała nauczyć się cierpliwości.

fajny blog, jestes juz blisko celu wiec teraz tylko konsekwencja w diecie i cwieczeniach i zanim sie obejrzysz osiagniesz sukces :D
OdpowiedzUsuńhttp://chce60kg.blogspot.com/
Nie przejmuj się wagą.. pewnie masz typowe zatrzymanie, bo organizm walczy, żeby dalej coś nie spadło albo powinnaś się przerzucić na centymetr, bo może teraz lepiej odzwierciedlać Twoje wyniki, bo dużo ćwiczysz :)
OdpowiedzUsuńsam trening czasami jest straaaszny, ale po wszystkim uczucie że dało się z siebie 100% jest niesamowite.
trzymaj się :)
Wagą absolutnie się nie przejmuj, uzbrój się w cierpliwość - w końcu warto, bo efekty przecież się pojawią i na pewno sprawią Ci wiele radości. W końcu bardzo się starasz, to na pewno nie pójdzie na marne. Taki masz widocznie metabolizm, a możliwe również, że po prostu organizm przetrzymuje z jakiegoś powodu (choćby cykl miesiączkowy) wodę, o czym wiesz na pewno sama.
OdpowiedzUsuńZ tym aerobic'em to wydaje mi się, że skoro cały trwał 55 minut i tak się zgrzałaś, to mogłaś spalić nawet więcej niż 300 kalorii. Ale to tylko takie moje gdybanie, nie wiem, jak wszystko dokładnie wyglądało. Jednak dla porównania, wyczytałam gdzieś w odmętach internetu, że intensywnie wykonany "Killer" Chodakowskiej spala 600 kalorii. Trwa on 40 minut.
Hm, czy jest jakaś waga, którą ciężko mi osiągnąć? Cholera, piątka na wadze z przodu u mnie
zdarzyła się ostatni raz w czasach, yyy... kiedy wagą się nie przejmowałam... Czyli dość dawno... Co do tego co napisałaś u mnie pod postem o szkole i studiach - dziękuję, że choć Ty mnie rozumiesz. Przy czym, ja po prostu (jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi) lubiłam się uczyć, lubiłam po prostu wiedzieć, poznawać świat. Teraz opuściła mnie pasja i jakakolwiek motywacja do tego. Zastanawiam się, skąd wtedy brałam do tego zapał, hmm. A Ty w połowie drugiego roku odpuściłaś studia, jak rozumiem? Odważna dość byłaby to decyzja, ale jeśli miałaś taką możliwość, może to i lepiej. Po co się męczyć.
Trzymaj się, wymarzone 55kg w końcu kiedyś się pojawi <3
Nie, nie. Broń Boże! Nie zrezygnowałam ze studiów. Robię je dalej, mimo że są beznadziejne to jednak zdecydowałam się do napisania inżynierki. To byłaby skrajna nieodpowiedzialność. Ja też lubiłam się uczyć, byłam ambitna, właściwie wszystko przychodziło samo, w liceum okazało się, że aby błyszczeć musiałabym się uczyć, ale niestety nie chciało mi się. Na studiach postanowiłam się starać i wychodziło, ale teraz nie mam po co się starać. I tak będę bezrobotna.
UsuńUff, to dobrze, że studiujesz. I tak będziesz bezrobotna? Cóż, widzę, że masz do tego wszystkiego podejście podobne, co ja. Jednak - bezrobotna "i tak", ale inżyniera lepiej mieć. Także mimo tej całej aury obojętności i niewiary, że ma to jakikolwiek sens, dobrze jest studiować.
UsuńSerduszko <3
Zgadzam się z komentarzami powyżej - warto uzbroić się w cierpliwość, wiem, że to nie łatwe, ale życie takie jest ;). Ładny bilans + super, że tak dużo ćwiczysz. Mam nadzieję, że te zakwasy nie będą Ci strasznie przeszkadzać, chociaż tak najprawdopodobniej będzie. Trzymaj się chudo <3
OdpowiedzUsuń